Tak naprawdę to nie wiem co i jak mam opisać z tych wszystkich doświadczeń tegorocznego przeżywania świąt –pierwszych na misjach. Jedno powiedzieć mogę z całą pewnością, był to dla mnie „inny” czas.
„Inny”…
hmm, no właśnie. Co znaczy „inny”? Czy „inny” dlatego, że z dala od rodzinnych stron,
od bliskich, bez całej otoczki polskiej tradycji świąt?
Tak, po
części dlatego, ale też złożyły się na to tutejsze realia.
Jakie jest
zatem przeżywanie świąt w moim rejonie? Wygląda to różnie w zależności od
miejsca, w miasteczku wygląda to inaczej niż na wsi.
Generalnie
ważną dla wielu ludzi jest tutaj msza święta zawsze przed północą, zwana „Misa
de Gallo” (nasza Pasterka)– odprawiana przeważnie o godz. 22.00 Ludzie przynoszą
na tę mszę figurki Dzieciątka Jezus, układają je przed ołtarzem i przed Szopką Betlejemską
– oczywiście obowiązkowo trzeba je poświęcić dużą ilością święconej wody. Po mszy
wszyscy wracają do swych domów na uroczysta kolację. Głowa rodziny składa
wszystkim świąteczne życzenia i układa poświęconą w czasie mszy figurkę do
wcześniej przygotowanej w domu szopki. Szopka Betlejemska jest tu bardzo
popularna, dużo bardziej niż Arbol de Navidad, czyli choinka. Szopki stawia się
chyba w każdym domu, w szkołach, w urzędach, w sklepach, w ważniejszych miejscach
życia publicznego, np. w rynku (często można spotkać szopkę na wolnym powietrzu
– przed urzędem, szkołą, czy ważniejszym placu). W czasie kolacji głównym
daniem jest indyk, nie może też zabraknąć Panetonu – świątecznego ciasta (coś
jak nasza „Babka z rodzynkami”, choć w smaku zupełnie inna), oraz czekolady. Stałym
punktem świętowania są też sztuczne ognie i petardy. Popularne jest także w tym
czasie (zwłaszcza krótko przed świętami, bądź w same święta obdarowywanie
dzieci prezentami, głównie są to zabawki i słodycze (szkoda, że jest to w sumie
jedyny dzień w roku, kiedy w ten sposób pamięta się o dzieciach). Jak można się
domyśleć świętowanie trwa do późna i dlatego nie dziwi fakt, że następnego dnia
udział we mszy jest już mniejszy (trzeba przecież trochę odpocząć).
Świętowanie na
wsi wygląda skromniej – udział we mszy jest już znacznie mniejszy (kilka,
kilkanaście osób dorosłych i trochę więcej dzieci), jest kolacja (pewnie
uboższa niż w mieście), są petardy, głośna muzyka i piwo (niestety). Rano na
mszy mniej osób niż w nocy. Ludzie bardzo szybko wracają do codziennej
rzeczywistości. (np. kilka osób rano przyszło do kościoła z kilofami i motykami,
pokłonili się Dzieciątku i poszli do swojej ciężkiej pracy w polu – trzeba przecież
z czegoś żyć i zwierzynę na pastwisko wygnać i dach załatać i pranie zrobić, bo
ładnie słonko świeci i szybko rzeczy będą mogły wyschnąć). O drugim dniu świąt
nie ma mowy.
W całym okresie poświątecznym wiele rodzin „zamawia” mszę świętą -
„Bajada de Niño Jesus” („schowanie Dzieciątka Jezus”) – z prośbą o bł. dla całej
rodziny „swojego” Dzieciątka.
I zasadniczo,
to by było na tyle, ze świętowania u nas.
Moje
wrażenia świąteczne? Hmm…
Uroczysty
obiad z ks. Robertem oraz tymi którzy nam pomagają na plebani -(delikatna zupka
z makaronem – rosół to nie był na pewno J) i
pstrą gotowany (byłem w tym czasie na diecie), pozostali jedli ceviche –tradycyjne
danie Peru z surowej posiekanej ryby zalanej sokiem z cytryny i dodatkiem
warzyw. Po obiedzie ruszyłem w drogę do swojej parafii w Salcabambie – początek
obiecujący – wymiana koła po złapaniu gumy – później było trochę lepiej, tylko 3
godz. jazdy po wybojach i byłem na miejscu w Quisuar.
Jaki to
był dla mnie czas??? Był „inny” niż codzienny, bo przecież Chrystus się
narodził, przyszedł na świat, aby nas zbawić. Tą prawdą trzeba nam żyć i te Prawdę
trzeba nam głosić zawsze, wszędzie i każdemu.