Salcabamba - po drugiej stronie gór jest Muchca |
Muchca (czyt. Mućka)
niewielka wioska położona po drugiej stronie górskich szczytów widocznych z
Salkabamby – cel mojej dwudniowej wyprawy. Moim przewodnikiem był ks. Krzysztof
– to On opiekował się ta częścią parafii, kiedy zabrakło proboszcza w
Salcabambie. Zresztą i w tym roku będzie się troszczył o ten rejon; w tym czasie
będę Mu jedynie towarzyszył, by poznać wszelkie kwestie duszpasterskie, wszystkie
tamtejsze wioski i prowadzące do nich drogi - nieoceniona pomoc (oj gdybym tak
sam miał to wszystko odkrywać i poznawać… uff)
Za radą ks. Krzysztofa spakowałem swój plecak potrzebnymi rzeczami (w polskich warunkach, jak na dwa dni, to było ich stanowczo za dużo, ale tutaj nigdy nie wiadomo, czy oby na pewno dwa dni będą trwały dwa dni), no i spokojnie czekałem na wyjazd. W tym czasie ks Krzysztof przygotowywał swoje auto do podróży. Powiem krótko, jak zaczął pakować do auta plandekę, kilof i łopatę, to mina mi nieco zrzedła. Jego komentarz był krótki i rzeczowy – nigdy nie wiadomo co może przydarzyć się w drodze i to by było na tyle w tym temacie. Wróciłem więc do pokoju po latarkę –no cóż nigdy nie wiadomo…
Z modlitwa na ustach
ruszyliśmy drogę. W Muchca mieliśmy być dwa dni: poniedziałek i wtorek, ale
wyjechaliśmy już w niedzielę wieczorem. Powód był prosty, by rozbić czas
dojazdu do wioski na dwa dni i tym samym, by nie zmęczyć się tak dojazdem. Tak
wiec z Pampas dojechaliśmy do Huancayo, do parafii naszych kolegów, misjonarzy
z Polski – nocleg- i po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.
Łączny czas
podróży wyniósł 8 godzin jazdy (2 godz. z Pampas do Huancayo i 6 godz. z
Huancayo do Muchca). Dotarliśmy na miejsce z lekkim opóźnieniem – tu jednak to
bez znaczenia, bo i tak musieliśmy odczekać prawie dwie godziny zanim ludzie
zgromadzili się w kaplicy na mszę. I wcale nie był to powód do zdenerwowania a
raczej doskonała okazja, by odpocząć i pomodlić się Liturgią Godzin.
Jak wyglądał nasz
pobyt w wiosce opiszę w kolejnym wpisie a teraz skupię się jedynie na
wrażeniach z samej podróży.
W ciągu 8 godzin jazdy
trochę wrażeń może się uzbierać J
W tym czasie pokonaliśmy zaledwie trochę ponad 200 km –powie ktoś tylko tyle!!! – hmm… powiem tak: to są Andy.
W trakcie podróży kilkakrotnie pokonywaliśmy przewyższenia wynoszące czasem ponad 2000 m n.p.m. - jazda raz w górę a raz w dół (od ok 2000 m do ok 4400 m n.p.m.).
Nic więc
dziwnego, że ciśnienie dawało się we nam we znaki, ale za to widoki
rekompensowały wszelkie niedogodności (mówię to oczywiście z pozycji pasażera,
kierowca ma raczej inny punkt widzenia J widoki może podziwiać jedynie, gdy zrobi
sobie przystanek, podziwianie widoków w trakcie prowadzenia pojazdu mogłoby się
źle skończyć).
W trakcie podróży kilkakrotnie pokonywaliśmy przewyższenia wynoszące czasem ponad 2000 m n.p.m. - jazda raz w górę a raz w dół (od ok 2000 m do ok 4400 m n.p.m.).
Chatki pasterzy |
W ciągu jednego dnia
mogliśmy przeżyć wszystkie pory roku - jesienną szarugę i deszcz, zimę,
wiosenny ranek i piękne lato – a wszystko w klimacie sierra, sierra alta i selva
seca (górskim, wysokogórskim i tzw. dżungli „suchej”). Mówię Wam, no coś pięknego J
Droga, jak to droga w Andach, raz lepsza, raz gorsza - czasami tylko przypomina drogę, a na niektórych odcinkach po prostu trzeba uwierzyć, że właśnie to jest droga J
całe szczęście, że auto wyposażone jest w napęd 4x4. Początkowo jechaliśmy w
deszczu –nie jest to piękne doznanie, poza błotem i chmurami niewiele widać.

Dalej,
w miarę nabywania wysokości deszcz zamienił się w śnieg – no i zrobiło się miło
- ośnieżone szczyty przywołały bowiem wspomnienie zimowego widoku Tatr – ach…

Po krótkim postoju zaczęła się jazda w dół i po 20 minutach po śniegu zostało
tylko wspomnienie, pogoda zrobiła się wyśmienita dzięki czemu mogłem podziwiać
cudne widoki.

Bananowce, cytrynowce, drzewa pomarańczy,
awokado i innych nieznanych mi owoców, kwiaty a nawet krzewy kawy (parzona na
miejscu smakuje swoiście).
Z radością przyjąłem informację, że za chwilę się zatrzymamy w pobliskiej wiosce na obiad. W zaprzyjaźnionej tutejszej „restauracyjce” mogliśmy usiąść w cieniu i podziwiać otaczającą przyrodę.
Jedzenie było całkiem
dobre (wolałem nie pytać o szczegóły potrawy) a kawa… pita w takich
okolicznościach, gdy tuż obok przelatuje stado papug…, pychota J I tylko te muszki, małe i niezwykle wredne raz po raz zakłócały naszą
delektację (samo ukąszenie bezbolesne, mała czerwona plamka na skórze, za to
później – oj trochę swędzi, a znak ukąszenia zostaje na dwa trzy dni), mimo to
chwila przerwy naprawdę bardzo miła i udana. Z pełnym żołądkiem i lekko
naznaczeni przez muszki ruszamy w dalszą drogę.
Kolejny raz pod górkę. Widoki,
bez komentarza. Seria zakrętów i… tam w
dole… to Muchca, za godzinkę z hakiem powinniśmy być na miejscu.
To był zdecydowanie najgorszy odcinek „drogi”.
Byliśmy coraz niżej, a wraz ze spadkiem wysokości zaczęła się pojawiać
coraz to nowa roślinność. Seria zakrętów i… z za ściany gór ukazał się widok
niemal jak z bajki.
Niewielka dolina przecięta wstęgą płynącej rzeki i ta bujna
zieleń – cudny ogród pośród wysokich gór.
Z radością przyjąłem informację, że za chwilę się zatrzymamy w pobliskiej wiosce na obiad. W zaprzyjaźnionej tutejszej „restauracyjce” mogliśmy usiąść w cieniu i podziwiać otaczającą przyrodę.
To tam przylepiona do gór jest Muchca |
To był zdecydowanie najgorszy odcinek „drogi”.
Muchca (czyt. Mućka), wioska z trzech stron otoczona
majestatycznie wyglądającym pasmem górskich szczytów, jakby przyczepiona do
zbocza jednej z gór – cel naszej wyprawy. Jesteśmy – uff, to była jazda.