Każda wizyta
duszpasterska, w jakiejkolwiek wiosce, musi być wcześniej zaplanowana i
zapowiedziana. Bez tych działań nasza wizyta przeszłaby bez większego
zainteresowania.
Dlaczego? A no dlatego, że ludzie zajęci są swoimi sprawami –
głównie pracą na swoim poletku, bądź wypasem wszelkiej maści bydła. Tak więc nie
odwiedza się wiosek bez wcześniejszej zapowiedzi, bądź bez zaproszenia od konkretnej
rodziny, czy całej społeczności wioski.
Powód naszej wizyty w
Muchca były dwojaki. Zostaliśmy
poproszeni o sprawowanie mszy świętych.
W pierwszym dniu chodziło o mszę w pierwszą rocznicę śmierci głowy
rodziny – zakończenie żałoby. W drugim dniu z rana miała być sprawowana msza
święta, tzw. zbiorowa, za zmarłych z całej wioski (coś w rodzaju naszych
wypominek). Po mszy miały być chrzty, a w południe śluby. Wszystko jasne,
zapowiedziane i zaplanowane z miesięcznym wyprzedzeniem – ma się rozumieć, że rodzina
była w kancelarii parafialnej, by wszystko ustalić jak należy. No i trzeba
powiedzieć, że wszystko było niemal tak, jak było zaplanowane J - niemal,
nie licząc poślizgnięć czasowych i dodatkowych atrakcji.
Do wioski dotarliśmy z
20 minutowym opóźnieniem. Pod kaplicą jednak nie było nikogo, kto by nam mógł wytknąć spóźnienie. Cisza na placu, jak gdyby nigdy nic. Zabiłem wiec w dzwon, by oznajmić ludziom, że już
jesteśmy i spokojnie zabieraliśmy się do modlitwy Liturgią Godzin.
Najszybciej
pojawiły się zaciekawione dzieciaki a po jakieś chwili przyszło dwóch dorosłych
z zapytaniem, czy nie chcemy zjeść obiadu. Jako, że byliśmy po dobrym obiedzie w
„rajskiej restauracyjce” po drodze, grzecznie podziękowaliśmy owym panom za
zaproszenie informując, że czekamy teraz na ludzi, by odprawić mszę świętą.
Zostaliśmy zapewnieni, że za chwilę wszyscy się zejdą.
Istotnie po ok poł godzinie przyszła całkiem niezła
„ekipa” (dwoje dorosłych i kilkoro dzieciaków), lecz jeszcze nie na mszę, ale
do sprzątania kaplicy. Sposób sprzątania był nader interesujący – do wody
podłączono węża i dokładnie „wypłukano” całą kaplicę a następnie po prostu
wytarto ją ścierkami - prawda, że proste?
J.
W ciągu kolejnej pół godziny zeszła się
rodzina i można było rozpoczynać mszę świętą w intencji zmarłego przed rokiem
męża i ojca – głowy rodziny.
Żałoba po bliskim
zmarłym z rodziny jest ważnym elementem ludowej tradycji. Trwa ona rok czasu i
właśnie w pierwszą rocznicę ma miejsce coś w rodzaju zakończenia żałoby.
Wygląda to miej więcej zawsze tak samo. Na ten dzień schodzi się cała rodzina. Jest
msza święta w intencji zmarłego, modlitwa i dalsze czuwanie przy jego grobie na
cmentarzu – jest to dobra okazja, by
pogadać, pożuć liście koki i wypić piwo, czy inny napój, czasem coś
przekąsić – wszystko odbywa się oczywiście na grobie zmarłego i trwa najczęściej
do zmroku. Po czuwaniu na cmentarzu najbliższa rodzina idzie na kolację i
dalsze czuwanie, tym razem już w domu zmarłego. Otóż, w jednej izbie stawia się
mały „ołtarzyk” ku pamięci zmarłego, przy którym całą noc pali się w świece i
czuwa – trwa to do świtu, wtedy dopiero wszyscy idą na spoczynek.
Chcąc nie chcąc wraz z
ks. Krzysztofem staliśmy się uczestnikami „ceremonii” zakończenia żałoby w
rodzinie, która nas zaprosiła i gościła tego dnia i nocy. Po mszy świętej w
kaplicy wszyscy przeszliśmy na cmentarz –nie było daleko, tam modlitwa nad
grobem i błogosławieństwo – tyle z naszych duszpasterskich działań, dalej
byliśmy już zdani na zapraszającą nas rodzinę. Usiedliśmy więc jak wszyscy na
trawie obok grobu zmarłego i oddaliśmy się temu co czas przynosił. A to
przysłuchiwaliśmy się rozmowom, a to sami podejmowaliśmy się rozmów, wypiliśmy gaseose (napój gazowany) – koką nas nie
poczęstowali, i tak trwaliśmy jak wszyscy na czuwaniu (na szczęście do zmroku
nie było daleko). Po zmroku razem z innymi ruszyliśmy do domu rodziny zmarłego
na kolacje i nasz spoczynek.
Jako goście specjalni
jedliśmy w kuchni, pozostali na zewnątrz w podwórzu. Klimat kuchni – nie da się
opisać, to trzeba zobaczyć i doświadczyć samemu.

Na kolację dostaliśmy ćwiartkę
pieczonego kurczaka z gotowanym ryżem i ziemniakami „w mundurkach” oraz serwowanym osobno jakimś sosem (nie
miałem odwagi próbować), do tego parzona herbatka z koki – wszystko smakowało
nieźle. Choć przyznać muszę, że jadłem z niemałą obawą o swój żołądek mając na
względzie nie tylko doznania estetyczne z wyglądu kuchni, ale też towarzyszące
nam przy jedzeniu, pałętające się pod nogami świnki morskie (cuy) – swoiste doświadczenie J
Nawiasem mówiąc cuy jest w Peru hodowane dla celów spożywczych – jest traktowane
jako przysmak.
Nasi gospodarze byli
dla nas naprawdę bardzo mili i troskliwi. Na nocleg oddali nam swój chyba
najlepszy pokój (o czym mogło świadczyć zabezpieczenie tego pokoju – był
zamknięty na kłódkę, która ostatecznie trzeba było przepiłować, bo gdzieś się
zapodział kluczyk). Pokój był mały ale przytulny. Miał malutkie okienko i dwa
posłania – słowem wszystko co potrzeba, by się przespać na jedną noc. Była też
łazienka, co prawda jedna dla wszystkich, ale zawsze coś –był to po prostu
zwyczajny, na zewnątrz w podwórzu pod chmurką, kran z zimną wodą i coś w
rodzaju zlewu – czy trzeba coś więcej, by się umyć? Ubikacja też była – można
było nawet wybrać sobie miejsce – krzaków obok domu było wiele.
Tego dnia tak naprawdę
i mocno uświadomiłem sobie, że jestem przecież na misjach. Ludzie tak tu żyją –
Ci u których byliśmy, uchodzą za nieco bardziej zamożnych we wsi – pozostali żyją
jeszcze „skromniej”. Tak, życie na peruwiańskiej wsi nie jest łatwe – to głównie
ciężka praca i jeszcze raz ciężka praca. Teraz wiem już z całą pewnością, że zrozumieć
tych ludzi, można tylko wtedy, gdy doświadczy tego ich życia. Takie życie uczy
nie tylko pokory i uczy czegoś znacznie więcej.
Tej nocy sobie nie
pospaliśmy – nie dało się, dzieciaki mały „raj na ziemi” – gdy dorośli zajęci
byli czuwaniem one harcowały w najlepsze, dopiero interwencja ks. Krzysztofa ok
pierwszej w nocy przyniosła nieznaczną poprawę sytuacji i można było trochę
podrzemać. O piątej z hakiem wczesno ranna krzątanina domowników skutecznie
zakłóciła nasz spoczynek. O spaniu już nie było mowy, można więc było wczesno
poranną modlitwą rozpocząć nasz dzień J
Szybka toaleta poranna, spakowanie plecaków i byliśmy gotowi do śniadania.
Gospodyni
zaprosiła nas do kuchni – cuy (świnki
morskie) już były aktywne, wcinały z „podłogi” przyniesioną trawę – na śniadanie
była tutejsza zupa z kukurydzy – ks. Krzysztof dzielnie jej sprostał, ja
wymówiłem się kłopotami żołądka i ograniczyłem śniadanie do herbatki z koki i
słonych ciasteczek.
W całym obejściu domu
zaczynał się już niezły ruch – po żałobie zakończonej nocnym czuwaniem
przyszedł czas na odkładane do tej pory uroczystości rodzinne – chrzty i śluby –
przygotowania ruszyły „pełną parą”. I już wiedzieliśmy, że tego dnia poślizg
czasowy mamy jak w banku. Spokojnie więc ruszyliśmy do kaplicy, dając czas i
swobodę przygotowań całej rodzinie.
Pierwsza tego dnia, na
godzinę dziewiątą, była zaplanowana msza święta z wypominkami za zmarłych. Ludzie
spokojnie zaczęli się gromadzić w kaplicy tak właśnie trochę po dziewiątej, tak
że o dziesiątej godzinie mogliśmy rozpocząć mszę świętą.
Po mszy zaczęliśmy spisywać
potrzebne dokumenty – ks. Krzysztof do ślubu, a ja do chrztu. Trochę nam to czasu
zajęło – bo ludzie przychodzili bez stosownych dokumentów i trzeba było czekać aż
po nie pójdą i przyniosą.
Około południa rozpocząłem ceremonię chrztu świętego –
ostatecznie udzieliłem tego sakramentu dziesiątce dzieci.
 |
"Klasyczny" strój Urzędnika - ten z nr 2 |
Od razu po chrzcie
miała rozpocząć się msza ślubna trzech par narzeczonych ale trzeba było nieco
poczekać, bo przed kaplicą musiał najpierw odbyć się ślub cywilny.
Mogłem więc rozejrzeć się
po placu i zrobić trochę zdjęć. Było naprawdę wiele ludzi. Cierpliwie siedzieli
na trawie, czekając na ślub i wesele. Moją uwagę przykuły trzy specyficzne namioty,
które pojawiły się na rogach placu – jak się dowiedziałem od ludzi, były one skonstruowane
specjalnie dla nowożeńców i miały stanowić dla nich miejsce schronienia i
odpoczynku w trakcie całego dnia weseliska, które miało być właśnie na tym
placu – taki zwyczaj.
Gdy Urzędnicy Stanu Cywilnego zakończyli państwową ceremonię mogliśmy
rozpoczynać mszę ślubną. Nie licząc tego, że narzeczeni nie mieli obrączek, (może
nie było ich stać na nie – nie wiem) – pozostałe „elementy” ślubu przebiegały
bez problemów.
Po ślubie oczywiście obowiązkowa sesja zdjęciowa, po czym
udaliśmy się na zaproszony obiad do
sąsiedniego domu (ściślej mówiąc do gospodarskiego obejścia).
W podwórzu domostwa
ustawiony był duży stół, który nosił już ślady wcześniejszej uczty
(nie byliśmy tu chyba pierwszymi gośćmi tego
dnia).
Pod stołem trzy psiaki, kury i koguty, nad nami na poręczy, wisiały sobie kawały mięcha a wokół nas różne sprzęty gospodarskie – nic tylko usiąść wygodnie i spokojnie „coś” zjeść. Jako żółtodziób nie miałem odwagi na cały obiad – ograniczyłem się do ziemniaków „w mundurkach” i herbatki, ks. Krzysztof, wytrawny już misjonarz zajął się całym obiadem, tj. kolejną odmianą zupy z kukurydzy oraz ryżem i mięsem
(pewnie częścią z tego, co wisiało nad nami) – poszło mu całkiem nieźle.
Po obiedzie przyszedł czas na pożegnanie z całą rodziną (naprawdę sympatyczni i mili ludzie) oraz z
wszystkimi gośćmi, no i w DROGĘ - przed nami była dłuuuga podróż powrotna do
Pampas.
Moja pierwsza wyprawa
misyjna - Muchca (Mućka) z pewnością pozostanie na długo w mej pamięci i sercu J